
Niewygoda warunków i przestrzeni. Miejsca niemające zbyt wiele wspólnego z komfortem ciała i duszy. Wilgoć, wiatr i słońce, które świeci tak, jakby chciało, a nie mogło. A może wcale nie chce — to byłoby zrozumiałe i zamykałoby porę dnia zawczasu, niczym ciężka klamra.
Wystawianie się na obcowanie z naturą w takich warunkach staje się dla mnie konfrontacją z własną niewygodą — z uwierającym kamieniem pomiędzy sercem a rozumem, z zagłaskaną drzazgą w małym palcu, bo przecież jak nie widzę, to nie boli. Tam wszystko wychodzi. Czuję to mocniej, wyraźniej. Wiatr zmian przewiewa warstwy, do których na co dzień nie zaglądam. Drażni, irytuje, wkurza. Zniechęca już sama myśl wyjścia na zewnątrz, odsłaniania się.
Pytam – czy trzeba tak iść i to wszystko czuć? Przecież można zostać w ciepłym, bezpiecznym, przewidywalnym. Wyjść dopiero wtedy, gdy zaświeci słońce /które chce/, a temperatura zaprosi otwartymi ramionami w sam środek przestrzeni do czucia. Ku sielance.
Odpowiadam – tak, to właśnie wtedy się idzie. Gdy smaga, gdy nie zaprasza. Na przekór, a jednocześnie jakby za głosem niewygody i dyskomfortu. Dopiero t a m znajduje się brakujące elementy, których nie sposób odnaleźć w sprzyjających warunkach. S t a m t ą d przynosi się coś surowego, dzikiego, pierwotnego. Co równie ważne — w jakiś sposób i na dany moment ujarzmionego.
Bo gdy świadomie wystawiam się na niepogodę — tę zewnętrzną i tę własną — zaczyna się proces oswajania. Nie polega on na tym, że przestaje boleć. Raczej na tym, że przestaję uciekać, że patrzę i zostaję, że czuję, nawet jeśli nie jest przyjemnie. Ale to jest moje i chce być zobaczone.
I zostaje coś jeszcze.
Nie spektakularne zwycięstwo. Nie poczucie mocy większej niż świat, niż Natura czy ktokolwiek inny.
Zostaje pokorna zgoda. Na wiatr. Na niedoskonałość. Na własne 'brzydkie’. A czasem i na jakiś koniec, który dopiero zarysowuje początek w innym miejscu.
Świadomość, że p o t r a f i ę w tym być, to już jest esencja.
I to nie słońce musi chcieć — ostatecznie każdy sam musi chcieć zobaczyć siebie.